Listy Goplany

Kolęda o Polakach.

Kto mnie zna, ten doskonale wie, że Boże Narodzenia nie jest moim ulubionym czasem. Dla mnie to wielkie święto hipokryzji, fałszywych, wymuszanych przez tradycję życzeń i masek zakładanych na użytek wigilijnego stołu, Po prostu mnie trzęsie już miesiąc wcześniej, kiedy zaczynają się pojawiać pierwsze dekoracje świąteczne. I uwierzcie mi, bardzo się starałam wkleić w ten świąteczny nastrój, ale widząc, jak ludzie, którzy się na co dzień krzywdzą, którzy się nienawidzą, na siebie warczą, nagle doznają świątecznego olśnienia i na jeden dzień zmieniają się w anioły, po prostu nie dałam rady. Widząc ludzi, którzy żyją obok siebie, często dzielą wspólny dom, miejsce pracy, lub nauki, często stają obok siebie z opłatkiem i zupełnie nie wiedzą co mają powiedzieć. Bo mimo pozornej bliskości wielu z nas jest samotnych w tłumie i trudno jest komuś złożyć uczciwe życzenia, kiedy go się tak naprawdę nie zna i nie ma się pojęcia o czym marzy... Tak naprawdę, często czujemy się w takich chwilach zażenowani i dzielimy się nie miłością, lecz banałem.
Ja, jako zdeklarowana ateistka, od dawna powoli wychodzę z tej konwencji świątecznej. Próbuję tym dniom, które są dla mnie o tyle ważne, że mamy wreszcie okazję wszyscy się spotkać w jednym miejscu, nadać swój własny osobisty wymiar.
Ale nie o mnie chciałam tu powiedzieć w kontekście tradycji świątecznych, lecz o Polakach. I tak do końca nie mam pewności, czy mogę tu mówić o tym ogromnym rowie, który Polaków dzieli politycznie, bo jeśli chodzi o świąteczne tradycje, znacznie więcej Polaków łączy, niż dzieli.
Na początku mojej działalności blogowej napisałam taki tekst pod tytułem: Miasto 44, przyrównując Warszawę z okresu Powstania Warszawskiego do Aleppo. Oczywiście wzbudziło to powszechne oburzenie wśród Polaków i to wcale nie tylko wśród tych bardzo prawicowych. Bo jak to można porównać, nas, wspaniałych patriotów, katolików ze środkowej Europy, do jakiś afrykańskich dzikusów i w dodatku islamistów???
Nie, wcale nie jestem zdziwiona taką postawą i nawet ją rozumiem...przecież w końcu urodziłam się i wychowałam w tym nadętym patriotycznie kraju, którego obywatelom zawsze się zdawało, że nasza krzywda, nasz ból, nasze poświęcenie, jest więcej warte, niż cudze. I mimo to, że siłą zmuszamy się do tolerancji, że logicznie rozumiemy, iż między nami, a reszta obywateli świata, nie ma jakiejś obiektywnie wytłumaczalnej różnicy, to gdzieś tam głęboko w sobie ciągle nasza mentalność się z tym kłóci. Wiem to, bo całe życie z tym walczę wewnątrz siebie...I tylko życie wśród tych innych sprawia, że tę wewnętrzna walkę ze sobą wygrywam i zaczynam, jako zdeklarowana ateistka, w dużo większym stopniu wyznawać humanitarne zasady głoszone przez Chrystusa, niż większość katolików, których znam.
Ta refleksja przyszła mi dziś do głowy nie bez powodu. I niestety powód jest jak zwykle polityczny. Mamy oto nowego premiera, który chce rechrystianizować Europę, a jednocześnie pojechał dziś do Brukseli walczyć o nieprzyjmowanie uchodźców z Syrii. Mamy w Sejmie i Senacie ustawy o sądach, które całkowicie zmienia nasz stosunek do sprawiedliwości społecznej oraz ustawę o zmianie ordynacji wyborczej, która odbiera obywatelom prawo do wolnego wyboru swych przedstawicieli. Mamy też, o ironio i zgrozo, przerwę w obradowaniu obu izb, na tak zwany Sejmowy opłatek...
Przecież ten kraj pod rządami PISu przypomina psychopatę, który wbijając nóż w serce swej ofiary, jest głęboko przekonany, że ratuje w ten sposób jej moralność i skraca jej cierpienia związane z doczesnym życiem. Tacy ludzie, jak marszałkowie Sejmu i Senatu, jak ministrowie tego rządu, nie powinni mieć prawa bezczeszczenia opłatka, swoimi przestępczymi, rządnymi władzy łapami. Tego opłatka, który nawet dla nas, ateistów, jest symbolem czystych intencji! I takie mam pytanie do tych polityków, którzy ten biały jak śnieg opłatek trzymają w swych rękach...Czy na nim ciągle jeszcze jest Jezus maleńki ze swą matką i Józefem otoczeni zwierzętami, czy może policja pałująca ludzi na ulicach walczących o swoje prawa? Jaka jest prawdziwa twarz tegorocznego Bożego Narodzenia?
I jeszcze tak w kwestii osobistej dotyczącej wspomnień świątecznych muszę WAM powiedzieć Polacy, że chociaż już od dawna nie wierzą w Mikołaja i widzę wyraźnie, jak wiele w tych świętach jest komercji, a mniej prawdziwych uczuć, że jedyną rzeczą, jak mi zawsze dawała sporo szczęścia, była wigilijna pasterka. Na co dzień od dawna nie chodzę do kościoła, nie bawi mnie to i jest dla mnie stratą czasu, ale bardzo lubię śpiewać. A więc w Wigilię zawsze czekaliśmy, nie tylko na to, że gdy wybije północ, będzie można wreszcie spróbować pieczonego kurczaka, który doskonale przyrządzała mama i który czekał w piekarniku, i nie na pierwszy kieliszek świątecznego wina, lecz na to by iść sobie z innymi pośpiewać.
Oczywiście, dziś mamy kolęd w telewizji. Czasami aż do obrzydzenia. Nadawcy telewizyjni potrafią nam obrzydzić wszystko, każdą świąteczna piosenkę. Ale ja nigdy nie czekałam na banały, na Cicha Noc, czy Przybieżeli do Betlejem. Najbardziej zapadła mi w sercu inna, bardziej nowoczesna kolęda, która nie jest zbyt często śpiewana. Ona od zawsze mi raniła serce i dziś, w obliczu klęski mojego kraju, tej szalejącej nienawiści dla ludzi słabszych, dotkniętych głodem i wojną, tego strachu, że nam może zabraknąć, kiedy się kromką chleba podzielimy z innymi, ma dla mnie znowu szczególne znaczenie. Dla mnie ateistki, która jednak jest w pewnych sferach miłośniczką filozofii miłości głoszonej przez Chrystusa, znowu stała się aktualna ta jena kolęda...
. Nie było miejsca dla Ciebie 
w Betlejem w żadnej gospodzie 
i narodziłeś się, Jezu, 
w stajni, w ubóstwie i chłodzie.........
  A dzisiaj czemu wśród ludzi 
tyle łez, jęków, katuszy? 
Bo nie ma miejsca dla Ciebie 
w niejednej człowieczej duszy!
 
Tak Polacy, dla mnie to właśnie jest kolęda o WAS, o waszych zatwardziałych, obojętnych na wszystko, pozbawionych czystej miłości sercach. Pomyślcie o tym, zanim dotkniecie opłatka.
Kiedy byłam dzieckiem słyszałam taką przypowieść o popie. Autora przepraszam, ale nie pamiętam jego nazwiska...
Otóż pewien pop, płynąc z parafianami łodzią, nagle wpadł do rzeki.
Parafianie usiłowali go ratować, ale pop i tak się utopił. Żona topielca zapytała: Dlaczego go nie ratowaliście?
Ratowaliśmy, wołaliśmy... popie daj rękę!
A żona na to: To trzeba było wołać, popie masz rękę, bo na daj nigdy nie reagował.

 

I tacy właśnie jesteście Polacy. Kiedy WAS dotknie nieszczęście, bieda lub choroba, wtedy padacie na kolana i błagacie o odwrócenie złego losu. Widzicie Jezusa tylko wtedy, kiedy Wy czegoś potrzebujecie, ale kiedy on zapuka do Waszych drzwi pod postacią kogoś słabszego, biedniejszego, bezdomnego kloszarda lub uchodźcy, wtedy tylko patrzycie przez judasza i udajecie, że WAS nie ma w domu. Nawet w Wigilię. 
 
Jezus-puka-do-drzwi.jpg